To co zaskakuje i denerwuje, żale, złości i radości, wszelakie zdziwienia i godne potępienia czyli... Petitkowe opinie
piątek, 13 listopada 2009

Czasmi przychodzi moment na zmiany. Niekiedy bywa, że są one motywujące do wiekszego działania, są zmianami na lepsze. Ja również postanowiłem coś zmienić. Mianowicie niniejszy blog zostaje zamknięty. Ale nie definitywnie. Jego nową odsłonę i kontynuację można znaleźć TUTAJ. Zatem chętnych odwiedzających dotychczasowy Petitkowy Hyde Park zapraszam na mój nowy blog.

10:46, petitek79
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 listopada 2009

Trafiło się, że mieszkam w dużym mieście. I jak to bywa w takich miejscach, większość spotykanych osób jest całkowicie anonimowa. Nawet Ci, których widujemy codziennie, jak na przykład ekspedientka w sklepie. Nie wiemy za wiele o niej, prócz tego że tu pracuje. Co innego jest na wsiach i małych miejscowościach. Niejednokrotnie sprzedawczyni, lub sklepowa jak nazywa się ją na wsiach, to osoba znana wszystkim w okolicy. Wiadomo kim jest, gdzie mieszka, jaką ma rodzinę, jaka jest jej przeszłość, w jakich warunkach mieszka. Po prostu jest jedną z nich, tylko tyle, że na codzień stoi po drugiej stronie lady.

Ale do czego zmierzam. Zdarzyło mi się bowiem wiedzieć w mojej okolicy w sklepie panią na stoisku mięsnym w sklepie znanej sieci handlowej. No i jak na tym stoisku- kroi wędliny, waży je i pakuje klientom. Ale podczas pakowania zauważyłem, że ta pani otwierając każdorazowo nowy woreczek na wędliny charakterystycznie ślini opuszki palców, aby otworzyć sklejone brzegi tych woreczków. Wiadomo, rzecz wymaga wprawy, nie jest prosta, a czas pogania. No i nasunęło mi się pytanie. Co w takim przypadku zrobić?

Wypadałoby zwrócić kobiecie uwagę, że tak nie przystoi. Nikt pewnie sobie czegoś takiego nie życzy. Ale właśnie- ludzie to widzą i nikt nic nie powie. Dlaczego? Jak wspomniałem, nie znam tej osoby, nie wiem kim jest, więc tym bardziej nie chciałbym dostać plastra szynki ze śladami jej śliny. A nawet gdybym i znał dobrze tę panią to też nie powinno się tak robić. Raz że kogoś może napawać to obrzydzeniem, a dwa, że dziś tyle się mówi o higienie, zakażeniach, grypach itp. Nie podejrzewałem tej pani o to, że może być na coś chora, nie mniej jednak powinna zachować wszelkie normy zarówno higieny jak i estetyki.

Wiadomo, że nigdy nie wiem co z produktem działo się wcześniej, zanim go kupiłmy Kto to trzymał, kto pakował, w jakich warunkach przechowywane itp. Ale póki oczy tego nie widzą to i nikt o tym nie myśli. A tak mając zjeść plaster wędliny z rąk tej pani na pewno miałbym opory czy aby gdzieś nie jest poślinione od otwierania foliowej torebki.

środa, 04 listopada 2009

Wiedziałem że tak będzie. Nie chcę się wymądrzać, ale scenariusz jest podobny co roku.

Rano wstaję, a za oknem zima. Było już nieco późno i przeszła mi myśl, że chyba pojadę samochodem do pracy aby nie spóźnić się. Ale skoro śnieg sypał, to zrezygnowałem z tego pomysłu. I wcale nie dlatego że boję się jazdy po śniegu. Ale wiem, że taki (nie)spodziewany, a w każdym rodzaju pierwszy śnieg, to zaraz powoduje paraliż miasta. I to wcale nie dlatego że drogowcy zaspali zaskoczeni nagłym atakiem zimy. Wcale nie. To ludzie sami sobie dają pretekst do paraliżu miasta. A bo większość ma jeszcze letnie opony i jazda zaczyna się niczym na lodowisku. A bo niektórym się nie chce zgarnąć śniegu z szyby i ledwo co widząc przez zaparowane okna jadą ślimaczym tempem. A bo niektórych wyobraźnia ponosi i wydaje im się że są mistrzami takiej jazdy po czym lądują w najlepszym przypadku w rowie czy na barierkach. A czasem i tak się rozbiją, że tarasują całą ulicę lub drogę.

O sytuację w Poznaniu z dzisiejszego poranka wcale nie winię drogowców. Po prostu to kierowcy zaspali, przecenili swoje możliwości, możliwości swoich pojazdów. Każdy odkładał przygotowania na później. A piaskarki i solarki skrzydeł nie mają i jak inni tkwiły w korkach. Wiedziałem że tak będzie, postawiłem na komunikację miejską i wygrałem. Do pracy spóźniłem się tylko 20 minut. A Ci co samochodami jechali to nawet ponad 2 godziny. Już widzę jak psioczyli. Ale sami sobie są winni. I jeszcze jedno- będą psioczyć popołudniu jak się okaże że na wymianę opon trzeba na zapisy.

czwartek, 29 października 2009

Od kilku dni w Poznaniu pod Kaponierą pojawiły się pierwsze (z kilkunastu jakie mają być w mieście) automaty do frytek. Z pierwszej chwili myślałem, że to żart, ale byłem, zobaczyłem i faktycznie stoją. Za "jedyne" 4,50zł. wrzucając do maszyny otrzymujemy po 40 sekundach porcję frytek z solą i ketchupem- jak kto woli. Frytki są podgrzewane strumieniem gorącego powietrza, dzięki czemu wydają się świeże i są ciepłe.

Pozostaje pytanie czy to jest zdrowe. Oczywiście frytki same w sobie zdrowe nie są, bo przyrządzane w głębokim tłuszczu. Tutaj pewnie na wpół gotowe podgrzewane są powietrzem. Pewnie, że jak ktoś nie będzie chciał, to nie skorzysta z maszyny, a stołować będzie się w domu lub z pewniejszych źródeł. Ale też rodzi się pytanie czy w dobrym kierunku zmierzamy. Widać, że budki z tanimi fast foodami powoli przechodzą swój schyłek. Zawsze krytykowane za wszechobecny smród i bałagan wypierane będą stopniowo przez automaty. Tylko co jeszcze może być z takich automatów? Po kawie i herbacie pojawiły się napoje chłodzące, słodycze w formie wafelków i batonów, teraz frytki, a co będzie następne? Pewnie za kilka lat pod taką Kaponierą będzie brakować miejsca na maszyny serwujące hamburgery, zpiekanki, surówki czy przepyszny omlet z pieczarkami a być może i kaczkę nadziewaną jabłkami. No cóż konstruktorzy do dzieła, świat się rozwija.

Ale póki tego jeszcze za wiele w mieście nie ma i mocno nie kole w oczy, uważam za dobry pomysł. Raz że oszczędność czasu, a dwa jak ktoś chce to proszę bardzo. W końcu to maszyny będą niedługo całkowicie za nas pracować, więc trzeba się powoli przyzwyczajać do nowego widoku na naszych ulicach. Automaty pewnie swoich amatorów już znalazły, a ja tak czy siak pozostanę przy domowej kuchni.

Automat do frytek
Źródło:
http://poznan.naszemiasto.pl

poniedziałek, 26 października 2009

Wracam z pracy. Wychodzę z tramwaju na przystanku na którym wysiada sporo osób. Przede mną dziewczyna od razu sięga po papierosa i zapala go. Przez to też idzie wolniej ode mnie, wyprzedzam ją, a ona bach dymem w moją stronę! Oczywiście nie mogła już wytrzymać, musiała sięgnąć po tego ćmika.

Oczywiście tacy ludzie są bezkarni. No bo i za co karać prawda? Ich życie, ich zdrowie, więc niech sobie robią co chcą. Ale jak gość siedzi z piwem na ławce w ustronnym miejscu to oczywiście zaraz znajdzie się patrol policji i ukarze go mandatem. A czym się różni piwo od papierosa? Jedno i drugie to używka, jedno i drugie szkodzi zdrowiu, jedno i drugie jest często nałogiem i co najważniejsze, tylko piwo jest zakazane w miejscach publicznych. To dlaczego papierosy nie? Wręcz bardziej szkodliwe, bo nie dość że działają negatywnie na palącego to jeszcze szkodzą obecnym wokoło. Tak samo jedno i drugie demoralizuje więc dlaczego palący są bardziej uprzywilejowani od pijących? Niby jest przepis, że przystanki są strefą gdzie palić nie można. Ale nikt tego nie egzekwuje, nikt tego nie ściga i nie karze. Ale ulice, parki to już przepis o zakazie palenia nie obowiązuje i palić można do woli.

Może oburzy się teraz grono palaczy że ograniczam ich swobody, ale może też się odezwać rzesza piwoszy, że walczę o ich prawa. Dla jasności- nie palę a piwo piję okazjonalnie w miejscach niepublicznych lub czasem w pubach. I aby była jasność życzyłbym sobie takiej samej konsekwencji w ściganiu palaczy co i piwoszy. A ludzie którzy mają te nieszczęsne nałogi mogliby czasem zauważyć, że nie są jedynymi osobami w miejscach publicznych i czasem wywołują niesmak wsród innych.

wtorek, 20 października 2009

 AED

Trzy litery. Ale ile osób wie co one oznaczają? AED- Automated External Defibrillator, czyli Automatyczny Defibrylator Zewnętrzny.

To niewielka skrzyneczka z elektrodami. Niewielka skrzyneczka ale wielkie działanie, bowiem ratująca życie człowieka, który doznał nagłego zatrzymania pracy serca. Ile razy widzimy osobę tracącą przytomność, padającą na ziemię z niewiadomych przyczyn. No i co robić dalej? Najłatwiej wezwać pomoc w postaci karetki pogotowia. Ale zanim ona przyjedzie liczy się każda minuta. Jak wiele ludzkich istnień możnaby uratować właśnie dzięki defibrylatorom, gdyż jego obsługa nie wymaga żadnego przeszkolenia. Każda osoba potrafiłaby takie coś uruchomić.

AED działa w sposób automatyczny, zaprogramowany zgodnie z wytycznymi procedur ratowniczych. Urządzenie jest niezwykle proste w obsłudze - samo mówi co należy wykonać. „Diagnozuje” stan poszkodowanego, analizując rytm serca. Decyduje o tym, czy przeprowadzenie defibrylacji jest konieczne. Obsługa AED polega jedynie na przyklejeniu elektrod do klatki piersiowej pacjenta przez które przepłynie impuls elektryczny pozwalający sercu powrócić do normalnego, prawidłowego rytmu.

Problem jednak leży w dwóch płaszczyznach. Po pierwsze świadomość ludzka o istnieniu takiego urządzenia jest naprawdę niewielka. Nie mamy pojęcia, że takie coś jak AED istnieje, że można tego użyć bez problemu, uratować życie lub przedłużyć szanse na ratunek zanim przyjedzie karetka. Po drugie, takie urządzenia niestety są rzadkością w Polsce. Są dość drogie, bo ceny kształtują się od 3 tysięcy do nawet kilkunastu tysięcy złotych i przez to mało kto decyduje się na jego zakup. A szkoda, bo życia ludzkiego nie można oceniać w perspektywie wartości wyrażonej w pieniądzu.

O tym o czym piszę sam nie wiedziałem do wczoraj. Dziś już wiem, gdyż uczestniczyłem w kursie "Pierwszej pomocy przedmedycznej". Zaledwie 4 godziny wystarczą do tego aby dowiedzieć się jak zachować się w określonych sytuacjach, jak działać i jak pomóc poszkodowanym oraz nauczyć się ratowania ludzkiego życia. Szkolenia chociaż cieszą się coraz większą popularnością są dostępne dla nielicznych- dla kursantów prawa jazdy oraz dla firm lub instytucji które o szkolenia poproszą. A reszta? Szkoda, że to nie jest na porządku dziennym, tak jak to jest na zachodzie, gdzie świadomość jak należy pomóc człowiekowi w nagłych wypadkach jest bardzo wysoka.

Ale wracając do dostępności AED. Na zachodzie takie urządzenia znajdują się w każdym publicznym miejscu o dużym skupisku ludzi. Są na niemal każdej stacji benzynowej, w kinach, centrach handlowych, dworcach, hotelach czy nawet w kościołach lub na głównych ulicach miast. A u nas? Sytuacja jest mizerna. Weźmy na przykład Poznań. Na całe miasto jest ich zaledwie kilka. Mało tego, nawet nie wiemy gdzie ich szukać- bo przecież o tym się wcale nie mówi. Jest na pewno na lotnisku- bo są to standardy międzynarodowe. Poza tym AED znajdziemy w centrach handlowych: M1, Stary Browar, Kupiec Poznański, Tesco przy Serbskiej oraz w niektórych wydziałach Urzędu Miasta. A co z resztą? Pozostałe centra handlowe, multipleksy kinowe, dworzec kolejowy, autobusowy, a o innych miejscach już nie wspomnę.

Oto przykładowe zdjęcie defibrylatora ulicznego

Defibrylator
Źródło:
http://pl.wikipedia.org

piątek, 16 października 2009

Wczoraj kolega zagadał do mnie, że jest zaskoczony, że nic nie napisałem o naszej reprezentacji w piłkę nożną. No cóż więcej można napisać. Już wiele osób i znawców wypowiedziało się na ten temat czy to na różnych forach, blogach, czy na łamach gazet i innych mediów. Więc nie ma co powtarzać po nich i powielać wytykania błędów czy w kilku zdaniach upatrywać przyczyn klęski.

Ja po prostu ostatni mecz bojkotowałem na swoje sposoby. Po pierwsze w zakładach bukmacherskich postawiłem na Słowację. Od ostatniego meczu z Irlandią Północną z niepoprawnego optymisty przeistoczyłem się w realistę i stąd moje typy zaczęły "wchodzić". Tak więc nie ukrywam, że w ostatnim meczu kciuki trzymałem za Słowaków bo na nich postawiłem.

Kolejna moja forma bojkotu, to po 30 minutach przestałem ten mecz oglądać. I to troszeczkę z konieczności, bo nie dało się na to patrzeć. Pomijam styl gry, ale ja po prostu nie widziałem piłki. Pogoda sprawiła figla i murawę pokrył śnieg. W cywilizowanych krajach w większości kopie się wówczas czerowną piłkę. A u nas jaz zwykle żółtą. Kurcze żółty kolor niwiele różni się od białego i nie stanowi dla niego kontrastu. Więc piłkarze cholera wie co kopali, bo ja tego nie widziałem. Nawet nie miałem co liczyć na komentatora bo dostosował się do poziomu widowiska. Tak więc słowa "powinniśmy więcej grać piłką" jakoś do mnie przemawiały bo piłki tam nie było. Tak więc chłopy biegają po śniegu, nie bardzo wiem czy za piłką, czy od piłki to i przysypiać zacząłem. No i po 30 minutach wyłączyłem telewizor bo powieki cieżkie się zrobiły od wypatrywania gdzie ta footbolówka.

Sprawa oczywiście już kiedyś była poruszana i winę zrzucało się na sponsora co piłki dostarcza. Ale to tak trudno podpisać umowę na czerwone piłki a nie na piłki widmo? To już chyba słynna łaciata byłaby bardziej widoczna bo na białym ma czarne łaty. No i jak później mamy kopać we właściwą stronę. Może Garncarczyk co samobója wlepił myślał, że kolega śnieżkę mu podrzuca?

środa, 07 października 2009

Jakiś czas temu Poznanań miał dwa ogrody zoologiczne nazywane potocznie Starym Zoo i Nowym Zoo. Aż nadszedł moment kiedy postanowiono większość zwierząt przenieść do tego Nowego o zdecydowanie większej powierzchni, gdzie zwierzęta żyją sobie w bardziej komfortowych warunkach, o większych wybiegach i zdecydowanie większej przestrzeni klatek. Ale skoro zwierzęta przeniesiono pozostał problem co ze Starym Zoo. A teren trzeba przyznać bardzo atrakcyjny bo idealnie w centrum miasta, prawie graniczy z Targami Poznańskimi, dobra lokalizacja komunikacyjna. Więc inwestorów i chętnych z chrapką na to było nie mało. Podobnie jak pomysłów- kolejne centum handlowe, osiedle nowoczesnych apartamentowców, pojawiły się głosy o kompleksie hotelowym jak również miało powstać centrum biurowo-biznesowe.

Ale postanowiono pozostawić ten atrakcyjny teren dla ludzi w formie zwierzyńca, parku. I to był strzał w 10-tkę! Pozostawiono część zwierząt- tych przyjaznych dzieciom i jednocześnie atrakcyjnych dla oka. Nie potrzebują one specjanie super warunków, są bardzo przyjacielsko nastawione do zwiedzających. Nie ma zwierząt niebezpiecznych. Przede wszystkim też pozbyto się ogólnie panującego tu niegdyś smrodu, teren jest zadbany, masę pracy kosztowało utrzymanie zieleni. Obecnie forma zwierzyńca (wejście bezpłatne) jest fantastycznym miejscem edukacyjnym dla mluchów oraz oazą spokoju i wytchnienia dla starszych. Studenci znajdą zaciszne miejsce na naukę a dorośli na zacienionej ławeczce mogą przejrzeć prasę, poczytać książki, jest punkt gastronomii dla zgłodniałych. Ale teren wychodzi naprzeciw głównie dzieciom, gdzie prócz kontaktu ze zwierzętami mają do dyspozycji place zabaw, karuzele i inne atrakcje.

Zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony tym miejscem. A ponieważ jest to miejsce odpoczynku dla mnie oraz miejscem zabaw i edukacji dla córki, to myślę, że nie raz jeszcze tam się wybiorę. I szczerze polecam innym niezdecydowanym co zrobić z chwilą wolnego czasu.

 

Za płotem miasto, a w środku ostoja zieleni

Jest sporo ławek aby można było sobie przysiąść

Dzieci znajdą atracje dla siebie

Zwierzęta są niegroźne i przyjaźnie nastawione do zwiedzających...

... a nawet niektóre bez ograniczeń krążą wokół ludzi.

czwartek, 01 października 2009

W końcu po wielu tygodniach suszy spadł z nieba deszcz i to od razu w odpowiednio solidnej porcji. Dziś rano również kałuże na ulicach, wszystko zmoczone. Ale do czego zmierzam. Jadę sobie rano do pracy i co widzę? Działającą instalację nawadniającą na zielonych skwerach miasta. Tylko po co? Owszem chwali się, że w ostatnim czasie zaczęto dbać o zieleń. Zadbano o parki, zagospodarowano pasy zieleni między ulicami, skwerki itp. Założono do tego automatyczną instalację nawadniającą, co jest trafionym rozwiązaniem w suche dni. Właśnie! Suche dni a nie takie jak ostanio. Wszędzie mokro, a z ziemi wynurzają się zraszacze i polewają to co od kilku dni nie przysycha. Automat automatem, ale chyba ktoś powinien czuwać nad sensownością takich urządzeń. Ostatnio codzienne naturalne opady są wystarczająco obfite aby zaspokoić potrzeby roślin i nie ma konieczności dodatkowego wspomagania w podlewaniu. To jest ogromne marnotrastwo wody przeliczane na setki litrów. A tyle przecież się mówi o oszczędzaniu wody i energii, miasto organizuje konferencję klimatyczną, stawia niby na ochronę środowiska a tutaj taka wpadka.

wtorek, 22 września 2009

Zbieranie czegoś. Takie najprostsze hobby, nie wymagające specjalnie wysiłku i nakładów finansowych. No chyba, że nie wiadomo kto co zbiera i jak poświęca w to swój czas. No bo właśnie, zbierać można dosłownie wszystko, tylko potrzebny jest pomysł na "to coś".

W maleńkości za pamiętnych czasów to się zbierało puszki. Ach to było dopiero! Każdy przydrożny parking dokładnie penetrowałem w poszukiwaniu tego, co w Polsce było niczym z innej planety. Obserwowało się ciężarówki z nadzieją, że kierowca za moment ruszy wyrzucając z kabiny niedopitą colę, piwo czy cokolwiek jeszcze- oby tylko w puszce. Oczywiście był też moment na zbieranie znaczków pocztowych- najczęściej odklejanych z pocztówek za pomocą pary buchającej z gotującego się czajnika. W szkole to też kolekcje "papierków" po gumach w postaci historyjek Donalda, samochodów Turbo czy naklejek Batmana. Dziewczęta to miały jakieś tam swoje własne karteczki, naklejki itp. Fascynowało zbieranie czegoś co było na codzień niedostępne dla człowieka.

Dziś natomiast w dobie światowej globalizacji dostęp jest niemal do wszystkiego. Tak więc preferencje zbieraczy też się zmieniły bo nie wyobrażam sobie aby dziś zbierać puszki po piwie, kiedy jeden browar potrafi wydać ich kilkadziesiąt wzorów. Ja osobiście nic nie zbieram. I czasem się zastanawiam czy to dobrze, czy też nie. Przeszedłem przez erę puszek, znaczków, naklejek, miałem pokaźny zbiór unikatowych opakowań po czekoladach i tak naprawdę na długo mi to satysfakcji nie przyniosło. Dlatego podziwiam osoby które mają jakąś swoją pasję zbieractwa. Jedni to robią od wielu wielu lat, inni krócej. Ja sam osobiście nawet nie wiem co miałbym kolekcjonować. Na siłę też nie chcę się uszczęśliwiać czymś co mi satysfakcji nie przynosi.

Ale znam osobę która zbiera maskotki. Nie ważne jakie, ale ważna skąd. Będąc w różnych krajach po prostu na pamiątkę kupuje sobie pluszaka i wiesza go na ścianie. To taka forma pamiątki, podobnie jak mój kolega, który zaczął niedawno kolekcjonować magnesy na lodówkę. Oczywiście nie wszystkie jak popadnie, ale są to pamiątkowe z wizerunkiem lub zdjęciem z różnych miast z Polski i nie tylko. Ciekawe jak długo w tym wytrzyma i jak potężna będzie jego kolekcja. Jedna ze znajomych kolekcjonuje papierowe torby po zakupach znanych firm i marek. Z kolei oglądając zdjęcia koleżanki zacząłem się zastanawiać nad niektórymi z nich. I co się okazało. Od wielu lat kolekcjonuje własnoręcznie zrobione zdjęcia studzienek kanalizacyjnych. Niesamowite, a jednocześnie fascynujące jak różnorodne mogą być właśnie takie banalne detale architektury miast. Ponoć najpiękniejsze są w Berlinie. Przyznam że nietypowe i ciekawe zbieractwo.

No cóż. W tym miejscu chciałbym oddać szacunek i wielkie uznanie pełne podziwu dla wytrwałości, pomysłowości i determinacji z jaką te osoby coś kolekcjonują. Często są to skarby, które nie mają w ogóle żadnej wartości pieniężnej ale oczywiście ogromną wartość sentymentalną.

 
1 , 2 , 3 , 4